El fin del mundo, czyli jesteśmy w Punta Arenas

Zaskakujące miasto piasków

Wyjazd na wyspę Magdaleny i obejrzenie pingwinów z bliska nie wypalił. Zamknęli port z powodu wiatru. Można się było tego spodziewać. Bliskość przylądka Horn jednak daje się we znaki…

Tak właśnie przywitało nas miasto Punta Arenas- piękną, słoneczną pogodą i silnym wiatrem. Miasto, przez które trzeba się przedostać, żeby dotrzeć do Torres del Paine, miało być tylko krótkim przystankiem dla nas. Ale w momencie, kiedy czas nas goni, nie musimy nic robić, a tylko robimy co chcemy, plany bardzo szybko się zmieniają :) I tak zostaliśmy tutaj chwilę dłużej.

Statek marynarki argentyńskiej w Punta Arenas

Statek marynarki argentyńskiej w Punta Arenas

Punta Arenas wyobrażaliśmy sobie zupełnie inaczej. Patrząc na inne miasta Chile, jak na razie nie przypomina nam ono żadnego z nich. To chyba kwestia głównie zabudowy i wyglądu ulic.

Od razu widać, że przez miasto przewija się wielu turystów. W końcu to stąd jest możliwość popłynięcia na kajaki wśród wielorybów (tylko jakieś 3,5k od osoby), dostania się na Ziemię Ognistą, dotarcia do Torres del Paine, przedostania się do argentyńskiej Patagonii i zobaczenia pingwinów na wyspie Magdaleny. No właśnie… Pingwiny… Już mieliśmy jechać, już byliśmy gotowi, ale Piaskowy Punkt (Punta Arenas) nam na to nie pozwolił. Poszliśmy więc tam, gdzie nas przyciągnęła muzyka- na główny plac miasta. Grupka dzieciaków należąca do grupy „Da Soul” grała tam zbierając kasę na swój występ w jakimś konkursie. Nie mam porównania, ale jak dla mnie byli naprawdę nieźli :)

Potem zwiedziliśmy inne zakątki miasta oraz jedną z głównych atrakcji- cmentarz. Co przyciągnęło naszą uwagę (i co uważamy swoją drogą za dobre rozwiązanie) to podejście do grobów. Owszem, na cmentarzu jest ich bardzo dużo, ale znaczna ich większość to groby zabytkowe, sprzed wielu lat, które obecnie są grobami rodzinnymi. Za to nowsze wersje miejsc spoczynku są alejkami zapełnionymi tabliczkami w ścianach, za którymi spoczywają skremowane szczątki zmarłych (tak wnioskujemy po treściach tablic).

SONY DSC

Tabliczek takich było ok. 600 o ile nie więcej. Każda z nich ze zdjęciem i przedmiotami bliskimi zmarłemu. Każda z tabliczką upamiętniająca. Każda indywidualna. Nie wyglądało to w żaden sposób jak taśmowa produkcja grobów (co na pierwszy rzut oka może się nasuwać). Owszem, nie było miejsca na znicz czy świeże kwiaty, ale u nich chyba nie to się liczy najbardziej.

Z Punta Arenas ruszamy dalej w kierunku Puerto Natales i Torres del Paine :)