Ulica w Talagante

OBSERWACJE Z CHILE. Część II: my.

A teraz o tym, co się działo u nas przez ten czas.

Do Talagante przyjechaliśmy w sobotę po południu. Od razu po wejściu do domu przywitały nas uściski i buziaki. Nasza doña de casa oznajmiła nas swoimi nowymi dziećmi i tak nas traktowała :) Na wstępie spróbowaliśmy Pisco (typowy chilijski alkohol), odwdzięczając się z kolei kolejką orzechówki (dzięki Mamo!). Bardzo skupialiśmy się na tym, co do nas mówili. Trochę rozumieliśmy, trochę sobie dopowiadaliśmy, reszta jakoś sama szła. Dzień skończyliśmy bardzo późno z głowami pełnymi od informacji i przede wszystkim od języka hiszpańskiego :)

Niedziela to był ten dzień, w którym zdałam sobie sprawę, że TO JEST TO. Właśnie tu i teraz czuję, że spełnia się to marzenie, o którym tak długo myślałam. Jedziemy samochodem do rodziny naszych gospodarzy, w drodze same niesamowite widoki. Mnóstwo małych, kolorowych domków. Na ulicach bezdomne psy. Na rogu dzieciaki palą papierosy, a obok stoją ich rodzice. Co chwila ktoś trąbi do nas, albo my do kogoś po to, żeby się przywitać. A w tle majestatyczne góry, na niebie zero chmur, w samochodzie rozmowa po hiszpańsku, a z radia słychać chilijskie rytmy. Przez szybę wpada słońce i czujesz, że żyjesz, że poznajesz tę kulturę.

Przydrożna knajpa

Przydrożna knajpa

Cejrowski w swoich programach ma zawsze takie wstawki, gdzie pokazuje różne ujęcia z kamery, jedno po drugim, z muzyką w tle. Po to, żeby zobrazować codzienne życie. I ta jazda była dla mnie dokładnie czymś takim. Gdybym miała ze sobą kamerę nakręciłabym każdy moment tego, bo wszystko po drodze było tak nietypowe i inne.

Poniedziałek to dzień obżarstwa, nie ma co ukrywać. To też pierwszy dzień szkoły dla Chilijczyków. Bardzo to przeżywają. Dzień zaczynamy od obejrzenia programu jak należy dobierać odpowiednie buty szkolne dla dziecka :) Potem jesteśmy zaproszeni przez przyjaciół naszej rodziny do restauracji na typowy chilijski obiad. Wchodzimy do malutkiej, ale mega przyjemnej restauracji. Od razu widać, że nie jesteśmy stąd. Pani, która nas obsługiwała zaprowadziła nas do stołu. Widać, że ktoś przy nim niedawno jadł, ale to przecież nie szkodzi. Strzepnęła tylko pozostałe okruszki ręką i już mogliśmy siadać. To, co zjedliśmy i czego spróbowaliśmy to materiał na oddzielny post :)

Z panią kelnerką

Z panią kelnerką

Podczas obiadu dowiadujemy się, że tej nocy przeżyliśmy dwa trzęsienia ziemi, w tym jedno o sile 6 stopni. Nie czuliśmy nic. Czekamy, aż poczujemy.
Dla Chilijczyków temat trzęsienia ziemi to tak, jak dla Polaków rozmowy o pogodzie. Zawsze jakieś trzęsienie się trafi i zawsze jest o czym porozmawiać z sąsiadem przed sklepem :)

Wieczorem jedziemy jeszcze do rodziny naszego Tito. Ma być tylko brat z żoną, ale okazuje się, że trafiamy akurat na urodziny jednego z młodszych dzieci. Przy stole siedzi cała rodzina. Wszyscy, bez wyjątku witają się z nami, rozmawiają, całują nas, zapraszają do siebie. Oczywiście obowiązkowo oglądamy zdjęcia, opowiadamy o sobie, słuchamy opowieści innych. Niesamowite jest to rodzinne zgromadzenie, ta życzliwość i otwartość, którą mają w sobie.

I tak minął kolejny dzień. Czas płynie nam tutaj zupełnie inaczej. Niby mamy go pełno, ale nie mamy w ogóle. Korzystamy ile możemy z obecności wśród tych ludzi. Mamy nadzieję, że na naszej drodze trafimy na więcej takich osób, chociaż dla nas ta rodzina pozostanie wyjątkowa. Wracamy zresztą do nich za jakiś czas na 100% :)

Aha, a na koniec pobytu w końcu się nam udało poczuć trzęsienie ziemi :) Ok. 2 w nocy, jakieś 5,3 stopnia. Na szczęście, bo wszyscy już z nas się tam śmiali, że ciągle przesypiamy trzęsienia ;)